Nie chodzi o dostęp.

Wziąwszy udział w dzisiejszej konferencji nt. prawa autorskiego z udziałem Philippe'a Aigrain, mogłem zarejestrować zachodzącą w dyskusji zmianę języka. Nawet podczas panelu złożonego w połowie z przedstawicieli ZAiKS-u i SFP nie zeszło na wyzywanie oponentów od „złodziei” czy „bolszewików”, nie było też nic o „ograbianiu artystów”, co było w zasadzie na porządku dziennym każdej dyskusji na ten temat jeszcze jakieś pół roku temu. Nadal przedstawiano, co prawda, ponure wizje, jak to ludzie z pewnością przestaną płacić za kulturę, skoro mają wszystko w Internecie – co prawda niezbyt zgodne z badaniami (por. Obiegi kultury albo The Case for Copyright Reform, rozdz. 5), ale za to poparte twardymi argumentami w postaci anegdot – na co nie omieszkałem zwrócić uwagi.

Mimo wszystko – pewnych bzdur o „złodziejach” czy liczeniu strat wyraźnie nie wypada już publicznie wypowiadać. Teraz przedstawiciele OZZ-ów bardzo chętnie zgodzą się, że trzeba zapewnić „odbiorcom” jak najtańszy, a może i darmowy „dostęp do kultury”. Sęk w tym, że „dostęp” wcale nie jest kluczowym problemem.

Fakt, że OZZ-y raz mówią o potrzebie taniego albo i darmowego „dostępu do kultury”, a raz o tym, jakim to strasznym problemem jest „piractwo” (czyli kiedy ludzie sami sobie ten darmowy dostęp organizują), wskazuje, że, poza uciekającą rzekomo kasą z niesprzedanych płyt, jest jeszcze jakiś słoń w pokoju.

A słoń wygląda tak: nie chodzi wcale o to, że ludzie oglądają, a nie płacą – darmowy „dostęp” jest jeszcze do zaakceptowania. Największym strachem dla wszelkich tzw. „środowisk twórczych” jest wizja utraty uprzywilejowanej pozycji „twórców”, którzy mają wyłączne prawo decydować o tym, co to jest „prawdziwa kultura” albo „prawdziwa sztuka”, i co jest w kulturze interesujące, a co nie. Nawet jeśli ludzie mogą sobie ściągnąć muzykę z Sieci, istotne jest to, że w poczet „prawdziwych muzyków” trafia się wciąż dzięki rytuałowi przejścia, jakim jest podpisanie kontraktu płytowego. Zdolność koncentrowania uwagi to ich najcenniejszy zasób, na pozycji „prawdziwych twórców” i dyktatorów kultury się mimo wszystko z głodu nie umrze – to jest ten sam mechanizm, który uświęca pozycję kuratora w internetowym muzeum sztuki. Dlatego ważne jest dla nich, żebyśmy mieli do kultury tylko „dostęp” – niechby i za darmo, ale bez prawa do dzielenia się, do ponownego użycia, bez prawa do pełnoprawnego, równorzędnego udziału w kształtowaniu kultury. Jak słusznie zwrócił uwagę Philippe Aigrain w porannym wykładzie, sharing is the first step of cultural empowerment.

Poniższy wykres pochodzi z prezentacji Aigrain:

Wykres obrazujący różnicę w koncentracji uwagi użytkowników – wyższą w iTunes niż w eMule

Wykres przedstawia stopień koncentracji uwagi użytkowników na najbardziej popularnych utworach. Pozioma oś przebiega od utworów najpopularniejszych do najmniej popularnych. Na osi pionowej mamy skumulowaną popularność – wszystkie utwory w sumie mają 100% uwagi. Linia ciągła to rozkład uwagi w sieci eMule, gdzie użytkownicy dzielą się utworami między sobą, zaś linia przerywana – w sklepie iTunes, przez który użytkownicy mają do utworów „dostęp”, ale nie mogą się dzielić.

Widzimy, żel zaledwie 2% najpopularniejszych utworów pochłania prawie 90% całej uwagi klientów iTunes, ale tylko 20% uwagi użytkowników protokołu eMule. Kolejne 28% utworów (w przedziale 2-30% na skali popularności) – a więc szerokie „warstwy średnie”, które nie są już hitami ze ścisłej czołówki, ale nie są też zupełnie nieciekawym szumem, i które, zdaniem Aigrain, decydują o różnorodności kultury, otrzymują już jedynie 10% uwagi klientów iTunes, za to aż 60% uwagi użytkowników eMule.

Wniosek: dzielenie się plikami zdecydowanie bardziej sprzyja różnorodności, niż tradycyjny model oparty na „dostępie” do treści oferowanych przez wydawców. Z kolei ta sama różnorodność jest bardzo nie w smak tymże wydawcom i wszelkim uznanym „środowiskom twórczym”, które tracą przez nią swoją władzę promowania zgarniających całą śmietankę hitów i status wąskiej elity „twórców”. Na świecie są miliardy twórców – to prawda bardzo trudna dla nich do przełknięcia.

Dlatego, po pierwsze: nie możemy dać sobie wmówić, że „dostęp do kultury”, tani czy darmowy, powinien nas usatysfakcjonować. Ludzie dzielą się plikami i ma to dla kultury pozytywne skutki. Model finansowania tak czy inaczej trzeba będzie znaleźć inny. Więc nie dostęp – ale pełnoprawne uczestnictwo i prawo do dzielenia się.

Po drugie zaś: to, czego najbardziej potrzebujemy, to stworzenia niezależnych od tradycyjnego biznesu – od kontraktów płytowych, wydawniczych czy kinowych – sposobów wyłaniania i uznawania artystów i cennych treści kultury.