Tomasz Majewski też to robi

Podobno Tomasz Majewski, zdobywszy po raz drugi olimpijskie złoto, przyznał się w wywiadzie, że też to robi. Ściąga i nie płaci. Na pytanie, czy słucha muzyki, odpowiada: Tak, dość szeroko. Ale na nią nie wydaję, bo kradnę z internetu. Kupuję płyty tylko tych artystów, których szanuję, maksymalnie wychodzi dziesięć w roku.

Posypały się gromy, że niby „złodziej” (por. „Prawo Czajki”), zaraz zaczęły się rozważania, co w odwecie należałoby ukraść Majewskiemu i wszystkim tym, co go poprą, ale też pojawiają się głosy: „kto jest bez winy…”

Wszyscy – i Majewski, i ci, co sypią gromy, i ci, co bronią – posługują się językiem występku i ewentualnego usprawiedliwienia. Tymczasem tak naprawdę nie ma racjonalnego powodu, żeby udział w nieformalnym obiegu traktować jak grzech, a samo istnienie tego obiegu – jak problem. Dzięki nieformalnej wymianie Majewski zapewne po prostu usłyszy więcej muzyki. Muzyka nie mydło i się od słuchania nie wymydli.

Za to aż się prosi, żeby w tej sytuacji zacytować klasyka:

Ten świat, w którym udajemy, że nie łamiemy wszyscy prawa autorskiego, jest jak epoka wiktoriańska, kiedy wszyscy udawali, że się nie masturbują. Oficjalna linia brzmiała: jeśli się masturbujesz, wyrosną ci włosy na rękach, oślepniesz, oszalejesz. Dziś oficjalna linia brzmi: tylko źli ludzie kopiują pliki bez upoważnienia. W obu przypadkach nie jest to prawda.

Myślę że z prawem autorskim dzieje się to samo, co stało się z masturbacją. Ludzie zaczynają się przyznawać sobie nawzajem: „no tak, ja też to robię”.

(Cory Doctorow, „RiP! A Remix Manifesto”)

No to się przyznają.