ACTA 2

Przed wyborami do PE politycy PiS mocno grzeją temat przegłosowanej dwa miesiące temu europejskiej dyrektywy prawnoautorskiej. Szafują przy tym hasłami „cenzury”, „wolności w internecie” i „ACTA 2”.

Niestety (poza paroma pojedynczymi osobami z PO) żadna siła polityczna nie miała dość odwagi, by na etapie protestów przeciwko dyrektywie stanąć przeciw nim i powiedzieć: to co krzyczycie to nie jest prawda, dyrektywa wcale nie zabija internetu, nie wprowadza cenzury, nie ma nic wspólnego z ACTA. Teraz PiS podbija więc tę narrację, nie napotykając na żaden opór i obsadzając się – o ironio – w roli jadącego na białym koniu obrońcy wolności słowa i wartości europejskich. I to ledwie parę tygodni od wybuchu kuriozalnego pokazu cenzorskich zapędów wokół sprawy Madonny z tęczą.

W związku z tym warto (jeszcze raz) rozwiać garść mitów na ten temat.

Mit: dyrektywa to „ACTA 2”

Przeciwnikom dyrektywy udało się wypromować mem, że dyrektywa to jakby druga wersja ACTA – niesławnej umowy międzynarodowej, która wywołała masowe protesty, w wyniku których nie doszło do jej ratyfikacji. Tym hasłem – tym nieuzasadnionym, demagogicznym zrównaniem dwóch kompletnie różnych rzeczy – posługuje się teraz już nawet rząd.

Przypomnijmy – w przypadku ACTA najważniejsze zarzuty dotyczyły:

  • tworzenia prawa w tajnych negocjacjach zamiast w przejrzystym procesie legislacyjnym;
  • ryzyka nieproporcjonalnych sankcji karnych dla zwykłych użytkowników internetu;
  • betonowania prawa autorskiego w systemie umów międzynarodowych, co może uniemożliwić niezbędne reformy w drodze parlamentarnej;
  • ryzyka masowej inwigilacji użytkowników przez ich dostawców internetu;
  • szalonego sposobu obliczania domniemanych strat wynikających z naruszeń prawa autorskiego (metodą „Straty Kazika”);
  • utrudnień w dostępie do leków generycznych.

Zarzuty te nijak mają się do obecnej dyrektywy prawnoautorskiej.

Próby zrównania dyrektywy z ACTA opierają się zazwyczaj na jednym z dwóch argumentów:

  • hasło o „zagrożeniu wolności w internecie” uruchamia skojarzenie z ACTA;
  • w obu przypadkach pojawia się jakaś odpowiedzialność jakichś podmiotów komercyjnych za jakieś treści – nawet jeśli to kompletnie różne kategorie podmiotów i kompletnie różne zakresy treści.

Mit: dyrektywa wprowadza cenzurę internetu

Dyrektywa nie wprowadza żadnych mechanizmów cenzury internetu. Dyrektywa wprowadza mechanizm odpowiedzialności mediów społecznościowych za ich własną zawartość. Odpowiedzialność częściową, ale faktycznie większą niż dotąd i potencjalnie kosztowną dla tych mediów.

Można powiedzieć, że media społecznościowe, które, podobnie jak tradycyjne media, zarabiają na obrocie treściami i przyciąganiu nimi uwagi do reklam, będą musiały wziąć na siebie nieco więcej kosztów kształtowania zdrowej przestrzeni medialnej ponoszonych przez tradycyjne media. Moim zdaniem to dobry kierunek.

Natomiast nie ma w dyrektywie miejsca na żaden urząd cenzury, który wskazywałby komukolwiek palcem, które niepożądane treści ma usunąć, żadnego blokowania treści w niezależnych serwisach, żadnego mechanizmu, który stanąłby między użytkownikiem A, który chce coś w internecie napisać, a użytkownikiem B, który chce to przeczytać.

Mit: dyrektywa wprowadza obowiązek filtrowania treści umieszczanych w internecie

Dyrektywa wprowadza elementy odpowiedzialności platform internetowych – szczególnej kategorii podmiotów, „zamkniętych ogrodów”, które pozwalają użytkownikom wgrywać swoje materiały, by potem zarabiać na podsuwaniu wyboru tych materiałów użytkownikom. To dziś dominujący, bo bardzo dochodowy model usługi internetowej – więc wiele osób myśli, że poza paroma platformami nie ma internetu.

Dyrektywa mówi tylko, że operatorzy takich „zamkniętych ogrodów” muszą monitorować własną zawartość. Jeśli zechcesz umieścić jakiekolwiek materiały np. na własnej stronie internetowej – to sam odpowiadasz za to, żeby były one legalne. Natomiast jeśli chcesz, żeby Twoje treści promowało komercyjne medium – to ono także będzie musiało na własną odpowiedzialność podjąć decyzję, czy treści, które ma promować, są ok.

Mit: dyrektywa ograniczy wolność słowa w internecie

Krytycy wskazują, że obarczenie platform odpowiedzialnością przełoży się na większą ostrożność z ich strony, a więc nadmierne usuwanie treści, co w konsekwencji ograniczy wolność słowa użytkowników.

Ale wolność słowa nie jest gwarancją platformy dla każdego poglądu, gwarancją odbiorcy. Wolność słowa nie wymaga, żeby gazety drukowały cokolwiek ktoś im przyśle. Wolność słowa to nie bon na promowanie dowolnych treści przez kogokolwiek. Wolność słowa polega na tym, że każdy – ludzie i media – mówi co chce, odpowiadając za własne decyzje w tym zakresie.

Może się okazać, że tego, co chcemy powiedzieć, nie chce drukować żadna popularna gazeta. To się zdarza – i to też jest ich wolność słowa. Media również z niej korzystają, i jest to ważny element wolności.

Może być tak, że w efekcie głosicielowi niepopularnych idei zostaje tylko zakładanie własnych mediów, drukowanie ulotek, samodzielna walka o nakłady i zasięgi – w warunkach wolności nikt nie ma obowiązku nikomu dostarczać odbiorców.

Tak, wiem – platformy internetowe to nie gazety, i nie chcemy żeby działały jak gazety. Nie będą, nie ma takiego zagrożenia. Ale nadal są mediami aktywnie korzystającymi z wolności słowa, kształtującymi własny przekaz dla użytkowników. Dyrektywa mówi tylko: świetnie, drogie media, korzystajcie z tej wolności, kształtujcie swój przekaz, swoje feedy, swoje walle jak chcecie – ale skoro tak, to przestańmy udawać, że gdy w waszych feedach i wallach pojawia się coś nielegalnego, to wy nie macie z tym nic wspólnego.

To jest chyba ta jedna pozytywna rzecz, która na razie wynikła z zamieszania wokół dyrektywy: wydaje się, że udało się zwalczyć to absurdalne założenie (pojawiające się np. w deklaracji „zasadach z Manili”, na które powołuje się w swoich opiniach m.in. David Kaye), że media społecznościowe powinny być traktowane w zasadzie tak samo jak dostawcy internetu, i że w ramach jednej wielkiej kategorii „pośredników internetowych” powinny być zwolnione z wszelkiej odpowiedzialności za treści. Ten rozdział mamy już chyba szczęśliwie za sobą.