Odpowiedzialność platform

Z pewnym zaskoczeniem odkrywam, że aktualną sytuację wokół tytułowego tematu postrzegam dość optymistycznie. To może dobry moment na odkurzenie tego zaniedbanego kącika.

Temat odpowiedzialności pośredników wrócił na dobre. Pamiętam, że jeszcze w zeszłym roku w rozmowach na ten temat słyszałem: „po co to wyciągać, to jest temat zamknięty dwie dekady temu”. Teraz słyszę, że rozmowa przeszła już od „czy” do „jak” – a co do tego, że szczególna kategoria pośredników, jaką są platformy internetowe, będzie musiała zmierzyć się z większą odpowiedzialnością, jest w zasadzie konsensus. I bardzo dobrze.

W debacie nad dyrektywą prawnoautorską środowiska „otwartościowe” stanęły – moim zdaniem, błędnie – po stronie wyłączenia odpowiedzialności dla platform. Historycznie jest to zrozumiałe: wyłączenie odpowiedzialności pośredników zawsze było słusznym postulatem ruchu otwartego internetu.

Rzecz w tym, że postulatowi wyłączenia odpowiedzialności zawsze towarzyszył drugi postulat, o którym nie należy zapominać: neutralność sieci. Te dwa postulaty mają sens razem. Jeśli nie chcesz odpowiadać za przesyłane treści, tylko dostarczać infrastrukturę – to zachowuj się jak neutralna infrastruktura. Jeśli chcesz zarządzać treścią, manipulować nią, przyciągać uwagę widzów i ruch reklamowy – to nie jesteś już neturalną infrastrukturą, tylko wkraczasz na rynek mediów i nie powinieneś już zasłaniać się wyłączeniem odpowiedzialności.

Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie neutralność Sieci zastosowaną do Facebooka? YouTube’a? Taką, w której platformy niczego nie promują, nie oferują płatnych zasięgów, nie dobierają i nie podsuwają, żeby zmaksymalizować engagement? Ja – nie bardzo. Ich model biznesowy opiera się dokładnie na tym, że nie są neutralną infrastrukturą. Nie ma powodu im tego zabraniać, ale też nie powodu, by traktować je jak coś, czym nie chcą być. To mam na myśli, gdy mówię, że serwisy społecznościowe to media.

Dyrektywa prawnoautorska – ze słynnym art. 13 (potem 17) – uderza dokładnie w serwisy, które chcą działać jak media, a korzystać z ochrony jak neutralni pośrednicy. Dyrektywa mówi: „jeśli jesteś w biznesie obracania treściami, to przestań ściemniać, że jesteś tylko neutralnym hostingiem, który nie odpowiada za treści”. Mówi to niezbyt zdecydowanym głosem, robi w tym kierunku tak naprawdę tylko niewielki krok – ale jest to krok w, moim zdaniem, prawidłowym kierunku.

Środowiska otwartościowe powinny teraz jasno określić swoje stanowisko: albo za likwidacją wyłączeń odpowiedzialności dla platform (bo jeśli chcą mieć swobodę mediów, to powinny mieć też odpowiedzialność mediów), albo za twardym wymogiem neutralności sieci. Albo, być może, za jakimś rozwiązaniem pośrednim, bo i takie głosy słyszę. Ale myślę, że nie jesteśmy już na etapie, na którym temat dałoby się zasypać lewicowo-akademickimi sloganami o demokratycznej kontroli i przejrzystości.

EFF, która była na szpicy protestów przeciw dyrektywie, stawia obecnie konkretny, pozytywny postulat w kiernku neutralności sieci: postulat oddzielenia warstwy algorytmów i uniezależnienia jej od warstwy hostingu treści na platformach:

Users shouldn’t be held hostage to a platform’s proprietary algorithm. Instead of serving everyone “one algorithm to rule them all” and giving users just a few opportunities to tweak it, platforms should open up their APIs to allow users to create their own filtering rules for their own algorithms. News outlets, educational institutions, community groups, and individuals should all be able to create their own feeds, allowing users to choose who they trust to curate their information and share their preferences with their communities.

Ja nie wiem, na ile to jest realistyczny postulat. Ale osoby, które przez ostatnie miesiące czuły się zmuszone do oglądania moich schematów rysowanych na różnych tablicach, pewnie zauważą, że to się jakoś tam z łączy z dyrektywą. Ja to w każdym razie odbieram również jako krok w dobrym kierunku.

Jak napisałem – sytuację postrzegam obecnie dość optymistycznie.